Prawie nie spałam całą noc, cały dzień i kolejną noc. Bolał
mnie brzuch. To nie były skurcze, więc zgodnie ze wskazówkami ze szkoły
rodzenia nie pozostawało nic innego niż cierpliwie czekać. Podobno złe
samopoczucie może trwać tygodniami. Ale ja mogłam być spokojna, bo już za tydzień
będę to miała z głowy. W końcu jestem
umówiona na tę okropną cesarkę!
Szesnaście godzin non stop oglądałam piąty, szósty i siódmy sezon idiotycznego
serialu i jednocześnie grałam na telefonie w debilną grę w układanie kolorowych
prostokątów. Taką, gdzie rządek ułożonych obok siebie klocków znika. Wszystko
to raz na kanapie, raz na piłce, raz w wannie. Wypiłam hektolitr soku
jabłkowego z wodą gazowaną. Wspominałam już, że cholernie bolał mnie brzuch? Było
mi też cholernie gorąco. Lubię myśleć, że dzielnie znoszę ból, ale nikt nie
patrzył, więc postękiwałam i popłakiwałam cichutko udając nawet przed sobą, że
to z powodu tego co się działo w głupim serialu. Moje myśli ślizgały się pomiędzy
zwrotami akcji w kiepskim scenariuszu, a znikającymi rzędami prostokątów. Jednak
rozbijały się co jakiś czas o twarde przeczucie, że to co się dzieje z moim
ciałem jest jakoś nienormalne. W szkole rodzenia mówili, że pierwsza faza
porodu nie boli tak bardzo, jeśli kobieta się porusza. Skakałam na piłce,
ćwiczyłam jogę z Sarą Beth z Youtuba, dalej nie czułam skurczów i wiecie co? To
cholernie bolało. Zastanawiałam się czy nie jest może tak, że wszyscy się teraz
źle czują i jest im cholernie gorąco, bo temperatura powietrza w Warszawie nawet
w nocy trzyma się w okolicach 30 stopni. Może mi jest ciężej, bo jestem w
dziewiątym miesiącu ciąży? Ciężko powiedzieć, pierwszy raz znalazłam się w tej
sytuacji.






