piątek, 9 listopada 2018

Obchody [Franek]

fot. Misia Przeradzka
Bardzo się cieszę, że jestem Polakiem, który żyje w wolnej Polsce. Poważnie, wiem że to brzmi bardzo patetycznie, ale jak już się pochylę nad tym tematem (co przyznaję, robię rzadko) to się szczerze cieszę. Zwłaszcza, gdy myślę o alternatywach jakie mieli nasi przodkowie. 
Z drugiej strony, jeszcze bardziej bym się cieszył jakbym mógł być Europejczykiem w Zjednoczonej Europie, a już najbardziej Człowiekiem na Świecie. Ci przodkowie z poprzedniego paragrafu nie mieli na coś takiego cienia szansy, więc niepodległa Polska była całkiem rozsądnie szczytem ich marzeń. Myślę, że nasze marzenia mogą sięgać znacznie wyższych szczytów. Lew to już w ogóle ma na to realną szansę, o ile my zrobimy mu pod to dobry grunt. 
Robienie gruntu sprowadza się, w wielkim uproszczeniu, do zaprzyjaźnianiu się i byciu miłym dla ludzi z innych państw i kontynentów oraz unikaniu robienia sobie wrogów tamże. No a jak człowiek mówi, że jedna religia, rasa, czy narodowość są lepsze od innych to generalnie robi sobie wrogów. Co więcej, żeby Lew miał jakkolwiek suchy i żyzny grunt i świeże powietrze to już w ogóle musi mieć przyjaciół dookoła świata. Bo nawet najsilniejsza, najbielsza i najbardziej wierząca w jednego Boga Polska własnymi siłami klimatu planety Ziemia nie naprawi. 

czwartek, 21 czerwca 2018

Wojna o piersi [Misia]

W przeciwieństwie do większości kobiet (z którymi miałam okazję na ten temat porozmawiać), bardzo lubię swoje piersi. Po pierwsze dobrze wyglądają. Po drugie chodzą zwykle w staniku, w którym mogę przechowywać banknoty i inne cenne drobiazgi. Po trzecie są źródłem licznych przyjemności. Nie przeszło mi przez myśl, że nie będą źródłem pokarmu dla naszego dziecka.

Warszawa 2017

środa, 1 listopada 2017

Jak zostać ojcem [Franek]

Trzy miesiące temu urodził się Lew. Kto uważał na biologii w podstawówce, ten wie, jak do tego doszło. Mniej więcej rok temu go z Misią zmajstrowaliśmy. Nie wydam chyba pilnie strzeżonych tajemnic rodzinnych pisząc, że nie był to przypadek. Co nie znaczy, że łatwo mi to przyszło (decyzja o zostaniu ojcem, nie wiem o czym sobie pomyśleliście). 
Od dawna wiedziałem, że chcę mieć dzieci. Wiedziałem, że chcę je mieć kiedyś i to „kiedyś” cały czas było gdzieś daleko. Aż tu nagle dookoła zaczęły się śluby, porody i rozwody. Okazało się, że my, urodzeni w latach 80-tych, jesteśmy już zupełnie dorośli. Chyba każde pokolenie ten fakt bierze z zaskoczenia. No ale pokolenie pokoleniem, inni to inni, a ja chciałem mieć te dzieci kiedyś tam.
fot. Misia

czwartek, 26 października 2017

Wielka Wycieczka będzie jeszcze większa [część 7 - "pierwszy szturm baby blues" / Misia]

Jak widzicie i czytacie, przeżyłam to rodzenie przez operację i było nawet OK. Wydawać by się mogło, że to szczęśliwy koniec historii. Tak to sobie w każdym razie wyobrażałam będąc w ciąży. Mój strach i czarne myśli zatrzymały się i utknęły w punkcie "rodzenie". Nie przewidziałam żadnych innych problemów. Z perspektywy czasu polecam to podejście. O ile jest dla Was do zastosowania. Po co wymyślać trudności, których nie ma i być może nie będzie? Okazało się, że ja w sytuacji porodowej miałam dużo szczęścia! Ale nie starczyło go do końca pobytu w szpitalu. Trafił mi się poważny problem, z którym nie wiedziałam jak sobie poradzić. Nie mogłam nakarmić dziecka.

kilka godzin po opisanych przeze mnie zdarzeniach humorek wrócił dzięki odwiedzinom Mamy i Franka

piątek, 20 października 2017

Instarodzice i dlaczego mam nadzieję, że nimi dla Was nie będziemy [Misia]

Bywają dni, w których mam się za nie wiadomo kogo. Mądra jestem i ładna. Widzieliście mnie wtedy, bo właśnie w takim momencie cyknęłam sobie selfi. Bywają też takie, kiedy wszystko się sypie. Wyglądam jak jaszczur z kosmosu* i nie pamiętam tabliczki mnożenia. Takiej możecie mnie nie znać, bo bardzo się staram by nikogo znajomego w tym stanie nie spotkać. Z tego co zaobserwowałam, moje samopoczucie i samoocena nie zawsze mają proste przełożenie na cieszące, lub zasmucające fakty. Trochę to wynika z chaosu codzienności, na którą czuję, że mam umiarkowany wpływ. Ale trochę też winię swój styl życia. Albo nazwę to ładniej jak na okładce magazynu - winię swój lajfstajl!


godzinka pod opieką Taty ;)

niedziela, 15 października 2017

Wielka Wycieczka będzie jeszcze większa [część 6 - "urodziłam po ludzku" / Misia]

Kiedy okazało się, że już możemy jechać na oddziałpołożniczy przypomniało mi się, że to znaczy, że rozetną mi brzuch i być może „zabiorą gdzieś” dziecko. Kolana mi się trzęsły ze strachu, ale szłam przed siebie. Nie ma odwrotu. W nagrodę zobaczę synka! Byłam tak wdzięczna personelowi medycznemu, że „zgodzili” się mną zająć TERAZ. Starałam się okazać jak najmniej emocji i postępować zgodnie ze wskazówkami, żeby nie zrobić nikomu kłopotu.

Położna zaprowadziła Franka i mnie do ładnej i nowoczesnej sali, w której się rodzi. Czekaliśmy tam chwilę. Niestety nie w tym pomieszczeniu mieliśmy zobaczyć się pierwszy raz z Lwem. Nieokreślony czas oczekiwania na wieści z laboratorium, w którym badano moją krew spędziliśmy na telefonach do bliskich. Krótka, emocjonalna pogawędka na jeden temat „TO SIĘ DZIEJE!”. Wujek ginekolog zadzwonił dopytać, kto jest na dyżurze i zrobi cięcie. Okazało się, że jego znajoma z pracy z innego czasu i szpitala. Niedługo po jego telefonie przyszła się z nami przywitać. Przedstawiła się i z uśmiechem powiedziała, że zaraz widzimy się w sali operacyjnej. Kiedy wyszła (chyba) spokojnie przypomniałam Frankowi, że kiedy dadzą mu dziecko (w czasie w którym będą zszywać mi brzuch) ma koniecznie zdjąć koszulkę, rozebrać Lewka i przytulić go do skóry. Tak żeby mógł słuchać serca taty. To się nazywa kangurowanie. Nasza koleżanka Kasia napisała pracę dyplomową o tym jakie to ważne. Myśl o tym, że damy to synkowi była jakimś pocieszeniem w moim wielkim żalu, że nie będę mogła urodzić go naturalnie.

pierwsza doba Lwa

środa, 11 października 2017

Wielka Wycieczka będzie jeszcze większa [część 5 - "czy tak właśnie wygląda poród?" / Misia]

Prawie nie spałam całą noc, cały dzień i kolejną noc. Bolał mnie brzuch. To nie były skurcze, więc zgodnie ze wskazówkami ze szkoły rodzenia nie pozostawało nic innego niż cierpliwie czekać. Podobno złe samopoczucie może trwać tygodniami. Ale ja mogłam być spokojna, bo już za tydzień będę to miała z głowy.  W końcu jestem umówiona na tę okropną cesarkę!

Szesnaście godzin non stop oglądałam piąty, szósty i siódmy sezon idiotycznego serialu i jednocześnie grałam na telefonie w debilną grę w układanie kolorowych prostokątów. Taką, gdzie rządek ułożonych obok siebie klocków znika. Wszystko to raz na kanapie, raz na piłce, raz w wannie. Wypiłam hektolitr soku jabłkowego z wodą gazowaną. Wspominałam już, że cholernie bolał mnie brzuch? Było mi też cholernie gorąco. Lubię myśleć, że dzielnie znoszę ból, ale nikt nie patrzył, więc postękiwałam i popłakiwałam cichutko udając nawet przed sobą, że to z powodu tego co się działo w głupim serialu. Moje myśli ślizgały się pomiędzy zwrotami akcji w kiepskim scenariuszu, a znikającymi rzędami prostokątów. Jednak rozbijały się co jakiś czas o twarde przeczucie, że to co się dzieje z moim ciałem jest jakoś nienormalne. W szkole rodzenia mówili, że pierwsza faza porodu nie boli tak bardzo, jeśli kobieta się porusza. Skakałam na piłce, ćwiczyłam jogę z Sarą Beth z Youtuba, dalej nie czułam skurczów i wiecie co? To cholernie bolało. Zastanawiałam się czy nie jest może tak, że wszyscy się teraz źle czują i jest im cholernie gorąco, bo temperatura powietrza w Warszawie nawet w nocy trzyma się w okolicach 30 stopni. Może mi jest ciężej, bo jestem w dziewiątym miesiącu ciąży? Ciężko powiedzieć, pierwszy raz znalazłam się w tej sytuacji.


Po prawej na górze rekord ustanowiony w tamtej sesji 😎