sobota, 3 października 2020

O Momo! [Misia]

Kiedy w 2015 spakowaliśmy warszawskie życie w pudła i wyjechaliśmy na trzy miesiące do Ameryki Centralnej to gdzieś między domami i paczkami zaginął mój ukochany miś Stasiek. Do dziś czuję gulę w gardle jak pomyślę, że już nigdy nie przytulę jego płaskiego łebka i nie spojrzę w zezowate plastykowe oczy. Niedługo po powrocie z wyprawy do Warszawy Franek napisał mi w smsie, że ma dla mnie niespodziankę. Kiedy wróciłam do mieszkania okazał się, że na naszej kanapie siedzi rozczochrany orangutanek. Siedzi, uśmiecha się i śmierdzi specyficznym zapaszkiem, który znają wszyscy, którzy robili kiedyś zakupy w lumpeksie. Żaden pluszowy przyjaciel nigdy nie zastąpi mi Staśka Ćwiartki (bo takie było według 3-letniej mnie jego pełne imię i nazwisko), ale ruda małpka znalazł swoje własne, ciepłe miejsce w moim sercu.





Uprałam go, regularnie tuliłam oglądając filmy, albo tęskniąc za Frankiem który sporo wyjeżdżał. Jak zaszłam w ciążę z Lewkiem to pluszowe uszko było jednym z pierwszych, któremu powiedziałam na głos, że będę mamą. Ćwiczyliśmy na nim zakładanie noworodkowych pieluch, mierzliśmy ubranka dla mini synka, na próbę spał też w Lwiej kołysce. Potem spał w nogach Lwa, tarzał się z nim w kamykach na chorwackiej wyspie, w błocie na polskiej wsi, towarzyszył mu w pobycie w szpitalu, jeździł w samochodzie i skakał na trampolinie. 17 października Lew i Momo poszli razem z Tatą do ZOO. Niestety gdzieś w drodze powrotnej Momo przepadł. Franek i Lew szukali go od razu na trasie dom - ZOO, bezskutecznie. Potem szukaliśmy go przez internet, szukaliśmy go rozwieszając papierowe ogłoszenia i dzwoniąc do biura rzeczy znalezionych i do ZTM. Dalej bez efektu. Do mnie dzwonili niezabawni żartownisie z informacjami o losie naszej małpki, które niestety okazały się nieprawdziwe.


Tu powinien być krótki film, a jak się nie wyświetla, to jest o tu.

Przemyśleliśmy i uznaliśmy z Frankiem wartość emocjonalnego rozwoju, wynikającego z odbytej i przepracowanej żałoby po utracie ukochanej zabawki. Jednak zwyciężyła w nas inna decyzja. Spróbujemy tę życiową lekcję dwuletniemu Lwu odroczyć. Franek kupił małpkę bardzo podobną do Momo. Bliska nam empatyczna osoba wymyśliła taktykę zaprezentowania sobowtóra, która bardzo spodobała się i Frankowi i mi.

Plan był taki. Dzięki niekończącej się wobec nas uprzejmości Sąsiadów upierzemy nowego orangutanka w naszym płynie do prania. Po drugie podstawimy go pod nasze drzwi i zadzwonimy sami do siebie. Jak Lew spotka nową małpkę na progu to zapytamy go "kto to?". Jeśli uzna, że to Momo, to fajnie. Będzie wzruszające spotkanie po prawie miesiącu rozłąki. Jak na pierwszy rzut oka "przejrzy uzurpatora" to powiemy mu, że przyjechał do nas kuzyn Momo. W ten sposób unikniemy sytuacji, w której Lew będzie czuł, że małpka jest "nie ta", a najbliżsi mu mówią mu nieprawdę i nie wiadomo czy nie ufać swojej pamięci, czy swoim starym.

Wyszło to tak:


Jak oglądam ten filmik [LINK jeśli się nie wyświetlił powyżej] po roku, to widzę jak strasznie mi zależało, żeby Lwa przekonać. No cóż, fajnie, że nie w jakiś bardziej drastyczny sposób okazało się znów, że jestem tylko człowiekiem ;).

Jestem bardzo mocno zdania, że należy kochać ludzi i zwierzęta. A przedmioty jedynie używać. Bardzo martwiłam się, czy ślad węglowy małpki uzurpatorki, która została kupiona na (o zgrozo, szczerze przeze mnie znienawidzonym) Amazonie nie jest kosztem większym niż żałoba po tej na zawsze zagubionej. Ale ostatecznie uznałam, że dla mnie w tej sytuacji nie. I po roku jestem zadowolona ze swojej decyzji.

Lew i nowy Momo.

Tu powinien być krótki film, a jak się nie wyświetla, to jest o tu.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza