czwartek, 26 października 2017

Wielka Wycieczka będzie jeszcze większa [część 7 - "pierwszy szturm baby blues" / Misia]

Jak widzicie i czytacie, przeżyłam to rodzenie przez operację i było nawet OK. Wydawać by się mogło, że to szczęśliwy koniec historii. Tak to sobie w każdym razie wyobrażałam będąc w ciąży. Mój strach i czarne myśli zatrzymały się i utknęły w punkcie "rodzenie". Nie przewidziałam żadnych innych problemów. Z perspektywy czasu polecam to podejście. O ile jest dla Was do zastosowania. Po co wymyślać trudności, których nie ma i być może nie będzie? Okazało się, że ja w sytuacji porodowej miałam dużo szczęścia! Ale nie starczyło go do końca pobytu w szpitalu. Trafił mi się poważny problem, z którym nie wiedziałam jak sobie poradzić. Nie mogłam nakarmić dziecka.

kilka godzin po opisanych przeze mnie zdarzeniach humorek wrócił dzięki odwiedzinom Mamy i Franka

W sali pooperacyjnej spędziłam dwie wspaniałe godziny z Frankiem i zaspanym, nowonarodzonym Lewkiem. Młodziutka, przemiła i delikatna położna pomagała mi przystawić synka do piersi. Kładła go na mnie i on sobie spokojnie leżał. Jeszcze kilka godzin byłam tak znieczulona, że nie mogłam poruszać niczym poniżej linii piersi. Nie wolno mi było też podnosić głowy (pod groźbą popunkcyjnego bólu tejże). Ciągle o tym zapominałam i łapałam się przerażona „w pół podniesienia”. Chciałam jeszcze bardziej, mocniej i intensywniej popatrzeć na dziecko! Położna wyciskała kropelki „siary” z moich brodawek i nakładała Lewską główkę na moją pierś. Spijał kropelki, ale nie ssał. W ogóle mnie to nie martwiło. Położna była spokojna, a ja pamiętałam ze szkoły rodzenia, że żołądek maleństwa jest wielkości oliwki. Myślałam, że te kropelki wystarczą.

Po ośmiu godzinach od operacji miałam spróbować wstać. Z pomocą położnej podniosłam się powolutku, ale mocno zakręciło mi się w głowie. Pani anestezjolog zadecydowała, że powinnam poleżeć w sali pooperacyjnej jeszcze kolejne dwie godziny. W końcu prawie o północy przewieziono mnie na wózku inwalidzkim, a Lewka w łóżeczku na kółkach do pokoju, w którym spały nasze nowe współlokatorki.

Maleńka córeczka drugiej mamy budziła się z płaczem wiele razy tej nocy. Leżała prawie cały czas przy piersi. Lew z kolei cały ten czas spał. Biłam się z myślami, czy nie powinnam go w nocy przytulać? Bałam się usnąć z nim w łóżku, bo z bólu nie byłam w stanie przyjąć pozycji, w której uważałam, że on byłby bezpieczny, a ja byłabym w stanie zasnąć. Zawinęłam go więc w bambusowy otulacz i ułożyłam w plastykowym szpitalnym łóżeczku. Przysunęłam je najbliżej jak to możliwe do mojego łóżka. Kiedy się budziłam nachylałam się by sprawdzać, czy maluch oddycha. W ogóle nie płakał. Spróbowałam sama go przystawiać do piersi, ale odchylał głowę i nie otwierał małej buzi. Jakby nie chciał jeść. Nie zmartwiło mnie to. Zafiksowałam się na oddechu. Słyszałam, że noworodki zapominają oddychać. Nie słyszałam by któryś zmarł z głodu w szpitalu.

O szóstej, albo siódmej rano przyszła położna.
- Pani Przeradzka myła się Pani?
Wyskoczyłam z łóżka jak oparzona. Rana na brzuchu na********* jak (kiedyś!) mój brat w „World of warcraft”.
- Jeszcze nie! Już pędzę!
Zgięta z bólu w pół wyciągnęłam z torby kosmetyczkę, swoją piękną koszulę porodową i obejrzałam Lewka, czy leży bezpiecznie w swoim łóżeczku. „Popędziłam” (w tempie żółwia i pokracznie jak quasimodo) pod prysznic. Pod nim rozmyślałam nerwowo o tym, że muszę umyć pocesarkową ranę. A tak potwornie bałam się jej dotknąć. Potem wściekłam się na siebie, że tak „dałam się zapędzić” swojemu brakowi asertywności pod prysznic ot tak, w jednej chwili. Przecież już niedługo przyjdzie do szpitala moja Mama, a potem Franek. Mogłabym umyć się wtedy i ktoś pilnowałby Lwa w trakcie mojej nieobecności. Zdenerwowana starałam się myć możliwe szybko i bezgłośnie, by móc usłyszeć płacz synka. Ale dalej był cichutko.

Kiedy wróciłam położne musiały zważyć dzieci. W tym celu miałam rozebrać Lwa do naga, położyć na wadze tetrową pieluszkę, a na niej zaspane dziecko. Cała ta akcja strasznie go zdenerwowała i pierwszy raz od czasu gdy wyciągnęli go z brzucha popłakał się. Początkowo było to cichutkie kwilenie, które w kilka sekund zmieniło się w potworny, rozpaczliwy krzyk. Mała bródka drgała. Niezdarnymi trzęsącymi się rękami uniosłam go i swoim nowym, pokracznym chodem przemieściłam z wagi do łóżeczka. Tam chciałam założyć mu pieluszkę i ubranie. Nie przestawał płakać. Mówiłam do niego możliwie spokojnie i delikatnie. Powolutku ubierałam. Robiłam to beznadziejnie. W gardle zaczęła mi narastać gula. Jak uspokaja się takie małe dziecko? Muszę się trzymać! Przyszli lekarze na obchód. Synek wył wniebogłosy i wywijał maleńkimi kończynami utrudniając zapakowanie w pidżamkę.
- Czyje to są rzeczy? – Zapytała bez „dzień dobry” jedna z kobiet w kitlu – wskazując stopą moje torby
- Moje – odpowiedziałam odwracając głowę od Lewka, a rękami próbując go dalej ubrać
- Proszę to posprzątać! Dobrze?! – powiedziała nieco podniesionym głosem – TO nam bardzo utrudnia pracę!
Natychmiast spróbowałam nogą przesunąć torbę pod łóżko, nie przestając walczyć z napami stroju synka. Obydwie akcje zakończyły się niepowodzeniem.
- Jak skończy pani ubierać dziecko, to proszę się położyć. Musimy obejrzeć ranę. - powiedział łagodnym tonem jeden z lekarzy.
Lew potwornie płakał. Skończyłam go ubierać, ale nie wiedziałam co robić. Kłaść się jak kazali? Tulić go? Jak go uspokoić? Jak się uspokoić? Popłakałam się. Gorące łzy płynęły mi po czerwonych ze wstydu policzkach. Bałam się odwrócić głowę do tłumku lekarzy. Nie mogłam sobie pozwolić na to, by zobaczyli moją twarz. Jestem idiotką! Jestem żałosna! Nie umiem ubrać dziecka! Nie umiem go uspokoić!
- Pani Michalino. Co się dzieje? – zapytała podejrzanie wesołym głosem jedna z lekarek za moimi plecami
- Nieee moooggę nakkarmić dzieckka – wyszlochałam jedyny racjonalny w moim przekonaniu powód takiej histerii. Choć wcale nie to mnie martwiło (jeszcze). Stałam cały czas tyłem do wszystkich i wycierałam łzy i gluty w swoje własne ramię. W rozbieganych myślach biczowałam się za to, że w dwóch pełnych rzeczy torbach nie ma nawet jednej, malutkiej paczki chusteczek do nosa.
- Położę na stole ankietę dla pani. O samopoczuciu po porodzie! – zaszczebiotała słodko ta pani co zatroskała się o to co się ze mną dzieje.
Nagle Lew zamilkł i zasnął. Położyłam się z trudem na łóżku. Obejrzeli ranę. Wszystko było dobrze.
- Pani wie, żeby nie dotykać podpaski, a potem dziecka, tak? – zapytała ni z tego ni z owego ta kobieta co kazała mi posprzątać torby – tam są groźne bakterie, które mogą zabić dziecko!

Mogę zabić dziecko?! Czy wyglądam na brudaskę?! Czy wyglądam na kretynkę?! Tym razem wybuchnęłam gwałtownym płaczem nie zważając na publiczność. Kilkoro lekarzy patrzyło bezradnie, jak leżę przed nimi na łóżku z podniesioną koszulą i odsłoniętymi siatkowymi gaciami, dziurą w brzuchu i ryczę w chórze z noworodkami z głębi oddziału.
- Ojej! Widzę, że musimy się spotkać na sesję jeden do jednego – powiedziała przymilnym głosem ta pani od ankiety.
- Proszę pani…proszę się nie martwić. – powiedział miękkim głosem lekarz – Pani X pomoże pani z karmieniem – wskazał na kobietę od toreb przeszkadzających im w pracy i zabijania swojego nowonarodzonego dziecka bronią biologiczną z podpaski.
- a z Panią Y może się pani podzielić tymi trudnymi połogowymi emocjami – chodziło o tę wesołą od ankiety.
Wyszli. Modliłam się żeby Panie X i Y nie wróciły mi pomagać. Moje modły zostały wysłuchane…nie wróciły „po mnie” przez następne 24h. Ku mojej wielkiej uldze wkrótce przyszli za to Franek i moja Mama. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza