środa, 25 listopada 2015

Laguna Lachua


Chisec, sobota rano. Hotel "Posiadłość Dziewicy" jest wielki, stary, ma pokoje w których nie pachnie najładniej i jeszcze do tego sporo kosztuje. Są tu jednak zjeżdżalnie w kształcie dinozaurów, w związku z czym cała reszta schodzi na plan dalszy.
Budzi nas ten sam deszcz, który osiem godzin wcześniej usypiał do snu. Szybkie pakowanie i na plac, z którego odjeżdżają colectivo do Playa Grande. Lachua jest po drodze. Jak się okazało dzień targowy, mieszkańcy wszystkich okolicznych wiosek zjeżdżają się na handel do skądinąd nie aż tak dużego Chiseca. Owoce, warzywa, plastikowe miski, pasty do zębów colgate, lekarstwa z drugiego obiegu, prosiaki, kury, jaja, zabawki, i kalosze z Hannah Montana.

Już wśród mieszkańców Chisec dwoje białych ludzi jest nie lada atrakcją, jednak gdy przychodzi do przyjezdnych z górskich wiosek sprawa wchodzi na zdecydowanie wyższy poziom. Dorośli cały czas zerkają ukradkiem, dzieci gapią się już bez żadnych zahamowań i pokazują nas palcami. Wszyscy robią to jednak z uśmiechem i życzliwością i w sumie wychodzi bardzo miło. Czujemy się tak, jakby to oni przyjechali z daleka oglądać Polaków a nie my Gwatemalczyków.
Niewielki bus nie ma z zasady górnej granicy ładowności, więc momentami jedziemy w ponad 20 osób, mimo że miejsc siedzących jest bodajże 10. Na dachu piszczą małe kurczaki nabyte ledwo co na targu. Nabyte nie przez nas, gwoli ścisłości.
Po dwóch godzinach, kilku zalanych drogach, zerwanym mostku i miniaturowej, przeciekającej tamie docieramy do wejścia do parku.
Laguna Lachua ma ponad 200 metrów głębokości i na mapach google wygląda tak:


Resztę niech opowie za nas krótki film. Zdjęcia na Picasie i Facebooku (te same, także do wyboru).


Z Lachuy wróciliśmy autostopem. Było więcej miejsca i lepszy obieg powietrza. Pozdrawiamy, chwilowo z Coban. Zaraz ruszamy do Lanquin.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza