poniedziałek, 31 lipca 2017

Lew [Franek]

Lew po 12 dniach na ziemi

Dzisiaj się urodziłeś. Dokładnie cztery godziny temu, o 13.26. Co to jest za przeżycie, to się chyba nie da opisać. Zarówno dla ciebie, jak i dla nas. Byliśmy w szpitalu już wczoraj o świcie, ale okazało się że to jeszcze nie to. Dziś twoja mama była dla mnie litościwa, z bólu prawie nie spała całą noc, ale mi dała dospać do 8.30. Potem poszedłem na zakupy, a jak wróciłem to się okazało, że już teraz, natychmiast jedziemy. Do 13-tej były badania, kroplówki, przygotowania, a potem wzięli Misię na salę. Ułożyłeś się bokiem, więc wyciągali cię poprzez cesarskie cięcie. 
No a mi o kazali wtedy pójść do poczekalni. Próbowałem pisać jakiś tekst do pracy, ale się nie dało. No i jakoś około 13.40 przyszła pani, że to już. 

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Egzotycznie w domu [Misia]


Wybaczcie jakość. To pierwsze zdjęcie które zrobiłam w Brazylii w 2010 roku. Przedstawia orła, którego uszyła dla mnie na drogę Karo Koto. W tle widok z mojego pokoju w domu Clary w Sao Paulo.)

W wakacje po pierwszej klasie liceum za (ogromną dla nich kwotę) ponad 3000 zł rodzice kupili mi bilet lotniczy na obóz międzynarodowy w Finlandii. Płakałam na lotnisku i cały lot do Helsinek. Niby chciałam tam lecieć, ale kiedy to się faktycznie wydarzyło, potwornie się bałam rozstania z domem. Finlandia była na samym końcu świata i "gdyby coś poszło źle, może nigdy bym nie wróciła do siebie".

poniedziałek, 26 września 2016

Kirgiski rynek motoryzacyjny i rzucanie kozą do studni. [Franek]


Nie dojechaliśmy do Tamchy.
Kiedy zaczynam to pisać, siedzę w pociągu relacji Berlin-Warszawa. Chwilę temu pasażerka zapytała panią z obsługi, czy są tu gdzieś gniazdka.
- a gdzie tam proszę pani! Ten pociąg to jakaś pomyłka w ogóle jest. Ciagle coś się psuje, nie ma gniazdek, niczego nie ma, aż wstyd mi za to wszystko. Porażka po prostu. 
Koniec wakacji. Wracam z podróży poślubnej, swoją drogą bez żony.

Naprzeciwko mnie siedzi Azerka, która z mężem Niemcem mieszka w pięciogwiazdkowym hotelu w Warszawie. Mieszka, bo mąż ten hotel prowadzi. Ma mocno zaawansowanego raka, ale wygląda dobrze, uśmiecha się i rozmowa umila monotonną podróż. Wraca prosto z chemii (z Niemiec…) i kilka dni później spotkamy się z nią i jej mężem na kolacji. No, ale ja nie o tym miałem. Będzie w koniach, jeziorach i rzucaniu kozą. I o kirgiskich samochodach.

sobota, 10 września 2016

Z Altyn Arashan do jeziora Ala-Kol - wersja romantyczna, a po niej umiarkowanie rozważna [Misia]


Po półtora dnia wędrówki i mroźnej nocy w namiocie stoję na szczycie. Przede mną i za mną rozpościera się widok na łańcuchy gór, polodowcowe turkusowe jezioro, złote od słońca kamyki. Pogoda jest wymarzona - niebo czyste z wyjątkiem białych leciutkich chmurek. Uśmiecham się, ale wcale nie z powodu tego widoku. Uśmiecham się do środka. Postawiłam tysiące niepewnych kroków, żeby tu stanąć i jestem. Ale tak naprawdę to nie jest mi potrzebne do niczego poza scenografią do nowej profilówki dla Franka. Przypomniało mi się coś, co wiem od jakiegoś czasu. Ilekroć wchodzę długo pod górę, to całą drogę jestem u siebie.

sobota, 27 sierpnia 2016

Kirgistan, kobiety i burki [Franek]

Zachodni w Biszkeku
Popołudnie w Biszkejskim (takim z Biszkeku) M4. Za oknem podwórko, prawie takie samo jak na Korotyńskiego, gdzie mieszkaliśmy do 1992. Prawie, bo jednak dużo więcej drzew. Starsze dzieci grają w piłę, inne siedzą w piaskownicy czy na huśtawkach. Rodzice nie stoją nad nimi bez przerwy, ewentualnie pojawiają się żeby wytrzepać dywan, albo powiesić pranie w osiedlowej suszarni. Na świeżym powietrzu rzecz jasna. 
Klatka trochę śmierdzi, a mieszkanie jest dosyć proste, czyli prawdziwy powrót do przeszłości. Przyjechaliśmy do Kirgistanu żeby podziwiać przyrodę, chodzić po górach i spać pod namiotem. Na początek jednak, to mieszkanie jest naszym małym rajem, miękkim lądowaniem w zupełnie obcym kraju. 

sobota, 23 stycznia 2016

Pojechaliśmy do Belize [Misia]

Przypomniało mi się, że jakiś czas temu na Facebooku pojawiały się tabelki ze zdjęciami, zatytułowane na przykład „jestem instruktorem surfingu”, albo „jestem na stypendium w Rosji”. Tę sytuację ilustrował komplet nieautorskich, raczej wyszukanych gdzieś w internecie zdjęć, opatrzonych podpisami: „co moja mama myśli, że tam robię”, „co moja dziewczyna myśli, że tam robię”, „co społeczeństwo myśli, że tam robię” i wreszcie „co tak naprawdę tam robię”. 
Przypomniało mi się to pierwszego dnia, krótkiej wycieczki do Belize.

Co moi znajomi myślą, że tam robię

czwartek, 21 stycznia 2016

Meksykański Król Sprzedaży [Franek]


Chacaua, pierwszy stycznia. Wstajemy nie aż tak rano, żeby z naszej chatki na piasku pójść na nieodległą plażę. Kury dzióbią coś między nogami, psy już leniwe, bo świeci słońce, ptaki ciągle gadają, bo jeszcze niezbyt mocno. Na hamaku wisi Król Sprzedaży. Tego akurat jeszcze o nim nie wiemy. Póki co jest trochę mężem gospodyni, trochę dozorcą, trochę ojcem dzieciom. 
- Chcecie zobaczyć świecący plankton?
- No nawet chcemy
- To chodźcie dzisiaj, płynę z kumplami na lagunę. 
- hmm
- Będą też ptaki, piękne widoki.
- Dobra.
- 100 pesos od osoby.