sobota, 23 stycznia 2016

Pojechaliśmy do Belize

Przypomniało mi się, że jakiś czas temu na Facebooku pojawiały się tabelki ze zdjęciami, zatytułowane na przykład „jestem instruktorem surfingu”, albo „jestem na stypendium w Rosji”. Tę sytuację ilustrował komplet nieautorskich, raczej wyszukanych gdzieś w internecie zdjęć, opatrzonych podpisami: „co moja mama myśli, że tam robię”, „co moja dziewczyna myśli, że tam robię”, „co społeczeństwo myśli, że tam robię” i wreszcie „co tak naprawdę tam robię”. 
Przypomniało mi się to pierwszego dnia, krótkiej wycieczki do Belize.

Co moi znajomi myślą, że tam robię

czwartek, 21 stycznia 2016

Meksykański Król Sprzedaży [Franek]


Chacaua, pierwszy stycznia. Wstajemy nie aż tak rano, żeby z naszej chatki na piasku pójść na nieodległą plażę. Kury dzióbią coś między nogami, psy już leniwe, bo świeci słońce, ptaki ciągle gadają, bo jeszcze niezbyt mocno. Na hamaku wisi Król Sprzedaży. Tego akurat jeszcze o nim nie wiemy. Póki co jest trochę mężem gospodyni, trochę dozorcą, trochę ojcem dzieciom. 
- Chcecie zobaczyć świecący plankton?
- No nawet chcemy
- To chodźcie dzisiaj, płynę z kumplami na lagunę. 
- hmm
- Będą też ptaki, piękne widoki.
- Dobra.
- 100 pesos od osoby.

wtorek, 19 stycznia 2016

Acatenango [Misia]

Bliżej równika mrok zapada szybciej. Zza gór nie widać już nawet poświaty słońca. Świeci za to cała Antigua. Migocze ozdobnymi lampkami na drzewach na rynku, dekoracjami świątecznymi, otwartymi na oścież drzwiami restauracji poukrywanych za ścianami przypominających fortece kolonialnych budynków. Jarzy się energooszczędnymi spiralnymi żarówkami ulicznych stoisk z kanapkami i tortillami. Na niebie co jakiś czas rozbłyskają tanie fajerwerki, wystrzeliwane raczej przez chęć spowodowanie huku niż widowiska. Miasto szykuje się do wieczornej celebracji życia, a my z Frankiem kładziemy się spać. Nieco sprawniej niż zwykle i z misją wypoczęcia „na zapas”. Jutro planujemy wejść na wulkan Acatenango.

Poprzedniego dnia spotkaliśmy w naszym hostelu kilka osób, które były na tej wycieczce. Dowiedzieliśmy się z ich pobieżnych relacji, że jest to wędrówka zorganizowana. Z przewodnikiem i nocnym kempingiem na wulkanie. Wszyscy podkreślali jak fizycznie wymagająca jest to wyprawa, jak strasznie zimno jest na szczycie i zarazem jak bardzo są zadowoleni, że się na te wszystkie niewygody zdecydowali. Okazało się też, że kilku długoterminowych lokatorów naszego hostelu ma nawet rytuał, który polega na tym, że około południa siadają z kawką (albo z piwkiem jeśli są siedemdziesięciosiedmioletnim Kanadyjczykiem w butach do koszykówki) i śmiechem witają wymęczonych wycieczką na wulkan.


czwartek, 7 stycznia 2016

Czerwone Byki wygrały z Neapolitańczykami [Franek]

Z Gwatemala City ruszyliśmy do Antiguy. Hostel Place to Stay, ten sam, w którym spędziłem wigilię osiem lat temu. W środku niezmiennie dość specyficzna klientela. Właściciel, Raul, miał za tydzień po raz pierwszy się żenić. O tyle wyjątkowe, że 50 lat skończył już jakiś czas temu. Gośćmi na weselu byli goście z hostelu (widzieliśmy to później na FB). Czyli, na przykład, Vernon. Emerytowany 77-letni stoczniowiec z Kanady. Każdy dzień zaczynał od piwa, z którym już później się nie rozstawał, miał dużo tatuaży i pinezek przyczepionych do koszulki z lat sześćdziesiątych, trzy raki (takie choroby) i, jak się okazało, sporo czasu mimo wszystko. Opowiadał np. jak miesiąc tego czasu (3 lata temu) spędził w Birmańskim więzieniu. Za zwiedzanie miejsc, które w Birmie są niezwiedzalne. Jak zaznacza, zrobił to z premedytacją.

Był też 45-letni Bruce, potentat rynku limuzyn z Pittsburga. Swoje imperium zaczął budować w wieku lat 19. Od zera, co podkreślał kilkakrotnie. W szczytowym okresie flota liczyła pięć sztuk. I to jakich! Tamtejsze drużyny hokeja i koszykówki wynajmowały limuzyny tylko od niego. Później rynek zaczął podupadać, więc kilka lat temu sprzedał wszystko i ruszył w trasę. Planuje założyć hostel gdzieś w szeroko rozumianej okolicy Gwatemali i Meksyku, ale póki co się rozgląda. 
Był przemiły, aczkolwiek dość zagadkowy, chłopak ze stwardnieniem rozsianym, jak się okazało świadek na ślubie. Był też pogodny i bardzo politycznie poprawny austriacki rehabilitant, który ciągle powtarzał, że wszystko jest w życiu możliwe i wszystko da się zrobić, a Ci powyżsi nie drążąc tematu, kulturalnie kiwali głowami. 

niedziela, 13 grudnia 2015

Wyssany z palca życiorys gwatemalski [Franek]

Agua, Fuego y sol czyli wulkany Woda, eksplodujący Ogień i wschód słońca. Widok ze szczytu Acatenango. 
Jest fenomenalnie! Kilka dni temu byliśmy na wulkanie Acatenango i widoki z niego, w połączeniu z  czterema tysiącami m. n.p.m. zapierały dech w piersi dosłownie i w przenośni. Tym razem jednak nie o tym. Misia postawiła mnie pod ścianą. Napisała świetny wpis o latynoamerykańskiej schizofreni i, zgodnie z naszą ideą pisania o zbliżonych rzeczach, powiniennem się jakoś do niego odnieść. Ale ciężko mi, bo po pierwsze nie napiszę tego lepiej, a po drugie jest to coś, z czym jestem już porządnie oswojony i chyba brak mi świeżego spojrzenia. W sumie w Ameryce Łacińskiej spędziłem ponad rok, odwiedzając jedenaście (czyli ok. ⅔) państw z regionu. Ktoś bardzo ładnie napisał w komentarzach, że podróżując po Ameryce Łacińskiej można z łatwością zrozumieć skąd się wziął komunizm. Dokładnie, zresztą zrozumieć można nie tylko komunizm, ale i prawicowość, lewicowość, religijność, ateizm, liberalizm i to wszystko bardzo często przejaskrawione, wręcz karykaturalne. Ameryka Południowa i Środkowa to kraina eksperymentów społecznych i politycznych. Wybierając sobie odpowiednio czas i miejsce, można zobaczyć na przykład co by było gdyby w Polsce;

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Diagnoza - latynoamerykańska schizofrenia przedstawiecielki klasy średniej. [Misia]

Za siedemdziesięcioma-siedmioma górami (z której strony by nie jechać) leży miasto Guatemala. W 14. dzielnicy stoją wysokie i eleganckie apartamentowce. Na piątym piętrze jednego z nich znajduje się duże mieszkanie, a w nim spory salon wysposażony w trzy beżowe kanapy. Na największej z nich siedzę sobie wygodnie ja. 


środa, 25 listopada 2015

Laguna Lachua


Chisec, sobota rano. Hotel "Posiadłość Dziewicy" jest wielki, stary, ma pokoje w których nie pachnie najładniej i jeszcze do tego sporo kosztuje. Są tu jednak zjeżdżalnie w kształcie dinozaurów, w związku z czym cała reszta schodzi na plan dalszy.
Budzi nas ten sam deszcz, który osiem godzin wcześniej usypiał do snu. Szybkie pakowanie i na plac, z którego odjeżdżają colectivo do Playa Grande. Lachua jest po drodze. Jak się okazało dzień targowy, mieszkańcy wszystkich okolicznych wiosek zjeżdżają się na handel do skądinąd nie aż tak dużego Chiseca. Owoce, warzywa, plastikowe miski, pasty do zębów colgate, lekarstwa z drugiego obiegu, prosiaki, kury, jaja, zabawki, i kalosze z Hannah Montana.